Chociaż ciężko to sobie wyobrazić, istniała w Auschwitz pewnego rodzaju furtka do przetrwania. Tą furtką była dobra wola katów i w bardzo rzadkich przypadkach bywała uchylona. To oczywiście nie oznaczało, że każdy miał na to szansę. Wyjątkowość- to słowo klucz i zarazem klucz do owej furtki.

Do nielicznego grona wyjątkowych osób trafiła rodzina karłów. Ich historia pokazuje, że szanse, chociaż niewielkie, istniały, ale tak czy owak były okupione cierpieniem.

Siedmioro z 10 członków rodziny Ovitzów było karłami. I właśnie ta siódemka zyskała miano pupilków Anioła Śmierci.

Widok wysokiego mężczyzny wynoszącego z wagonu małych karłów był zaskakujący. Ubrani byli w kolorowe ubrania, zadowoleni, uśmiechnięci mimo, że podróżowali w bydlęcym wagonie. Przyzwyczajeni do zachwytu i byciu na scenie, z piękną biżuterią w futrach. Mniej więcej tak wyglądało przybycie rodzeństwa Ovitzów do Auschwitz.

Pochodzili z transylwańskiej wsi Rozavlea. Ojciec był Żydem i cierpiał na karłowatość, mimo to założył rodzinę z Braną Gold, która była normalnego wzrostu. Doczekali się dwóch córek- Rosiki i Franciszki, obie dziewczynki odziedziczyły karłowatość. W 1901 Brana umiera na gruźlicę. Ovitz znajduje sobie drugą żonę Bertę, która rodzi mu ośmioro dzieci. Trójka miała normalny wzrost, reszta odziedziczyła karłowatość.

Żyło im się dobrze, mieli duży dom dostosowany do małego wzrostu, hodowali zwierzęta, mieli sad i ogród, rodzeństwo normalnego wzrostu pomagało dzieciom dotkniętych chorobą. Zbierali owoce, doili krowy, dziewczynki piekły chleb i robiły przetwory.

W 1923 roku umiera ojciec, niedługo po nim Batja. Dziesięcioro rodzeństwa musi zacząć życie bez rodziców. Aby się utrzymać zakładają Trupę Liliputów. Zaczynają występować na scenie, rozbawiając publiczność, wyglądem, tańcem i śpiewem. Wszystko się jednak skończyło po wybuchu wojny.

W 1940 roku Węgrzy wprowadzają w Transylwanii hitlerowskie prawo. Biorąc pod uwagę ich Żydowskie pochodzenie, oraz fakt, że są karłami zostają zakwalifikowani jako „podludzie”.

Mimo tego jeszcze przez kilka lat udaje im się podróżować i wykonywać swoją sceniczną pracę.

W 1944 rozpoczęła się deportacja węgierskich żydów. Najpierw zostali wywiezieni do wioski Dragomiresti, następnie do getta a stamtąd transportem do Auschwitz. Czy rodzeństwo zdawało sobie sprawę z zagrożenia już na etapie podróży do obozu- pewnie tak. Gdyby nie pomoc innego więźnia ta podróż mogła się skończyć śmiercią przez uduszenie się w zatłoczonym wagonie. Nie mniej udało im się dojechać do obozu, gdzie po wyjściu z wagonu starali się utrzymać fakt popularności i z nadzieją, rozpaczliwie podjęli próbę  załagodzenia sytuacji.

Do końca nie było wiadomo jakie podejście do nich będzie miał sam Mengele, czy reszta załogi katów. Esesmani ich nie rozdzielili oraz nie poddani zostali rewizji osobistej. Nie byli bici pałkami, nie kazano im iść pod lodowaty prysznic, nie bito, nie straszono psami. O ich losie miał zdecydować Anioł Śmierci.

Był zdumiony, właśnie dlatego, że byli wyjątkowi. Mengele postanowił wziąć ich pod swoje skrzydła, na ich widok miał krzyknąć, że ma pracę na kolejne 20 lat. Rodzeństwo zostało umieszczone w osobnym pokoju w jednym z baraków, dostali materace, pościel ! środki higieniczne. Dodatkowo mogli zachować swoje ubrania, kosmetyki, mogli się codziennie myć a kobiety mogły używać perfum! Trochę to abstrakcyjne jeśli mowa o warunkach obozowych.

Jeśli jednak myślicie, że to wszystko było robione bezinteresownie i z dobrej woli to jesteście w błędzie. Specjalne traktowanie karłów budziło wielką zazdrość wśród innych osadzonych więźniów. Kiedy sława dr Mengele echem obijała się o uszy, szybko wyszło na jaw dlaczego karły zyskały takie traktowanie. Doktor Śmierci dawał im te możliwości, ponieważ oni sami byli materiałem do jego eksperymentów. Im cięższe i zawiłe medyczne przypadki, tym dla doktora lepszy materiał do badań. Jasne więc było, że karły idealnie spełniały warunki do bycia jego materiałem badawczym. Badania pseudomedyczne obejmowały min. Wyrywanie zdrowych zębów, pobieranie szpiku kostnego, celowe zakażanie ran, wlewanie do oczu kwasu i inne. Wszystko po to żeby zobaczyć i opisać zmiany jakie zachodziły w ciele i organizmie, żeby zobaczyć reakcje i granice bólu i wytrzymałości. Znęcanie się fizyczne to dla doktora było za mało. W zamian za dobra, które otrzymali wcześniej od niego, on przekraczał granice przyzwoitości również znęcając się nad nimi psychicznie. Mengele znany był z miłości do muzyki, kazał więc karłom występować i rozbawiać oprawców. Upokorzył ich karząc rozebrać się do naga i defilować po scenie, w tle przedstawiając ich drzewo genealogiczne upatrując przy tym ich żydowskiego pochodzenia co budziło odrazę i niechęć- co było odwrotnym skutkiem ich występów.

Mimo upokorzeń i ran zadanych przez doktora śmierci, karły ciągle wierzyły, że jest on ich zbawicielem i są dla niego ważni. Nie do końca chcieli dopuścić do siebie myśl, że żyją bo są dla niego wyłącznie obiektem medycznym, ta iluzja doprowadzała ich do złej oceny ogólnej sytuacji. Ciężko pojąć, że oni naprawdę wierzyli w to, że Mengele jest tak naprawdę dla nich dobry, bo gdyby tak nie było, od razu posłał by ich do gazu pierwszego dnia. O zgrozo, jakie to było mylne wyobrażenie.

Ovitzowie doczekali się wyzwolenia obozu Auschwitz przez Rosjan. Pieszo postanowili wrócić do domu, chociaż zajęło im to kilka miesięcy. Po dotarciu do Transylwanii okazało się, że nie mieli już czego tam szukać. Wybrali więc Izrael. Dotarli tam i postanowili kontynuować swoją artystyczną działalność. Dwóch braci założyło rodziny i doczekali się dzieci normalnego wzrostu. Żadna z sióstr nie została matką.

Historia rodziny Ovitzów to kolejny dowód na to, że od zasady istniały wyjątki. Ta furtka między życiem a śmiercią w obozie czasem faktycznie się uchylała, jednak nigdy nie było żadnej gwarancji na to, że otrzyma się ten odpowiedni klucz jakim było szczęście.